Wolność
artysty - wolność odbiorcy
Akademia Sztuk Pięknych
Zbigniew Makarewicz
"...jedyną rasą ludzką, która nie może oderwać
się od dat, jest rasa twórców sztuki. Musi nie tylko wyjść poza
przeszłość bezpośrednią, reprezentowaną przez dotykalne świadectwa,
ale odgadnąć śpiew i formę tych, którzy przyjdą później stwarzając
nowe świadectwa z pełną świadomością tego, co zostało zrealizowane
aż do naszych czasów".
Alejo Carpentier
Podróż do źródeł czasu
- Wolność wyboru wartości
- Sztuka jako spotkanie osób
- Znaczenie tradycji
- Sztuka - dobro nie chciane
- Nie wszystko złoto, co się świeci
- Sztuka jako tabu
- Kulturkampf
- Dwie kultury
WOLNOŚĆ ARTYSTY - WOLNOŚĆ
ODBIORCY
1. Wolność wyboru wartości.
Mówiąc o wolności tak czy inaczej mówimy o relacjach
pomiędzy osobami. Wiemy przynajmniej tyle, że w relacji Bóg -
człowiek każdy z nas jest obdarzony wolną wolą, jest wolny, wybiera
pomiędzy różnymi możliwościami, podejmuje decyzje. Podobnie w relacjach
człowiek - człowiek. Wolność osoby konstytuuje takie wartości
jak osobista godność, miłość w jej licznych i różnych przejawach,
wreszcie, co może najważniejsze, definiuje osobę jako osobę w odróżnieniu
od tworów natury, obdarzonych nawet psychizmem, ale nie wolną wolą
(słonie, psy, małpy, konie, bociany i in.). W ten sposób wolność
implikuje odpowiedzialność przed Bogiem i ludźmi. Człowiek wolny,
tj. świadomy swojej i innych wolności, to człowiek odpowiedzialny,
a zatem godny zaufania.
Jednostkowy wybór wartości może być powodem konfliktu
pomiędzy osobami związanymi jakąś sytuacją współbytowania np. w
rodzinie, w gminie, w państwie, w przedsiębiorstwie albo np. w
podróży. Nawet przypadkowa relacja pomiędzy podróżnymi skłania jednak
do przyjęcia pewnych zasad, nie tylko nie szkodzenia sobie, ale także
oczekiwanego wzajemnie współdziałania w pokonywaniu nastręczających
się trudności.
Przypadek skrajny wskazuje przypowieść o podróżnym
napadniętym przez bandytów, obrabowanym, pobitym i porzuconym. Odnajdowali
go przy drodze bliscy mu rodacy, ale nie zajęli się nim. Dopiero
obcy, a nawet z nieprzyjacielskiego plemienia, inny podróżny zajął
się nim i ponosząc koszty zadbał o wyleczenie.
To może najprostszy sposób, aby ukazać jak różne
mogą być realizacje pewnych wartości poprzez spotkanie wolnych ludzi.
Leżący przy drodze nieprzytomny człowiek spotykał kolejno tych,
którzy mogli mu pomóc, a nawet powinni, ale nie pomogli. Byli wolni
w swoich decyzjach. Nikt postronny ich nie widział. Zatrzymał się
dopiero Samarytanin. Taka jest przypowieść Nauczyciela z Nazaretu.
Ta przypowieść, jak wiele innych przypowieści Jezusa, jest także
przypowieścią o ludzkiej wolności. Dla Samarytanina leżący, pobity
Żyd był nieprzyjacielem, a pomagając mu Dobry Samarytanin w jakimś
stopniu sprzeniewierzał się plemiennej solidarności. Mijający zaś
obojętnie swego rodaka w potrzebie Żydzi sprzeniewierzali się zasadzie
solidarności ze współplemieńcem. Każdy z podróżnych realizował swoją
wolność na swój sposób. Rabbi z Nazaretu kiedy indziej zawarł w
krótkich słowach poważne ostrzeżenie: "Cokolwiek uczyniliście jednemu
z tych najmniejszych, mnieście uczynili".
Tutaj pojawia się relacja niezbywalna Bóg -
człowiek. Ale ta relacja zostaje przeniesiona na stosunki człowiek
- człowiek. Człowiek w potrzebie jest ikoną samego Boga -
wprost Go reprezentuje. Nauczyciel rozszerzył ostatecznie zasadę
międzyludzkiej solidarności mówiąc: "Miłujcie nieprzyjacioły wasze".
Dalej w wolnych decyzjach zajść niepodobna.
2. Sztuka jako spotkanie osób.
Artysta wykonuje dzieło sztuki, a odbiorca chce
mu je odebrać. Artysta broni się i czasem udaje mu się ocalić siebie
i dzieło sztuki.
Jeśli odbiorca nie zrezygnuje, to nie mając innej
możliwości zawrze z artystą jakąś umowę, po prostu - kupi
to dzieło. Wysokość ceny będzie spotkaniem pomiędzy możliwościami
nabywcy (już nie odbiorcy), stopnia jego pragnienia posiadania takiego
właśnie obiektu, a możliwością przetrwania, bez dochodu z wykonania
tegoż właśnie dzieła, u autora. Możemy sobie ułożyć pewną ilość
wariantów finalizujących to spotkanie. Istotne jest to, że mamy
tylko dwie możliwości: albo obraz zostanie w pracowni malarza, albo
zawiśnie w salonie nabywcy. Możemy sobie wyobrazić jeszcze inną
sytuację, dawniej o wiele częstszą. Nabywca dzieła ma sprecyzowane
potrzeby i przychodzi do pustej pracowni malarza, tam układają się
co do kształtu obrazu, tj. jaki ma być duży jak namalowany, możliwie
we wszystkich szczegółach także co do honorarium dla wykonawcy zamówienia.
Malarz może jeszcze otrzymać zaliczkę, co jest istotne, aby nie napracować
się za darmo i nie zostać z obrazem, którego nikt nie odbierze,
ale też i nie zapłaci, a płótno, farby, pędzle, ramy, lokal, ogrzewanie,
opłacenie modeli, utrzymanie się przy życiu malarza i jego rodziny
też kosztuje.
Miało być o sztuce, a tu rozmawiamy o sprawach
przyziemnych.
Tak jest w istocie. Rozmawiamy o relacjach pomiędzy
rzemieślnikiem i nabywcą produktu, wprawdzie niecodziennego użytku,
ale produktu - wytworu. Nabywca jest zainteresowany wzbogaceniem
katalogu swoich przeżyć estetycznych i dlatego przychodzi do malarza.
Ale to nie jedyna intencja, z jaką możemy udać się do malarza lub
rzeźbiarza. Wiele innych wartości możemy mieć na uwadze, jak to
wartości rodzinne (portret żony - głowa, jako niewielki 2/3 wymiaru
naturalnego odlew w brązie), wartości patriotyczne (portret "Dziadka";
- marszałka Józefa Piłsudskiego w postaci popiersia z marmuru),
wartości religijne (obraz przedstawiający Marię jako Matkę Bożą),
wartości dekoracyjne (namalowany w jasnych kolorach z dominacją
zieleni krajobraz wiosenny z okolic Dukli - dominacja zieleni
ze względu na kolor tapety w pokoju paradnym, a okolice Dukli ze
względu na dziadka żony, który stamtąd pochodził - to już
wartość sentymentalna).
Niepokojący może być fakt, że jednak dominującą
osobą w całym zespole tych relacji jest nabywca. Wciąż mamy obawy,
że malarz lub rzeźbiarz nie tyle robi to, co chce, ale raczej to,
na czym może zarobić, chociaż nie wykluczamy, że taki właśnie sposób
zarobkowania najbardziej mu odpowiada. Jakby więcej wolności było
po stronie nabywcy dzieła, a nieco mniej po stronie rzemieślnika.
Rzemieślnik to rzemieślnik. Może nie przyjąć zamówienia, ale co
z niego za rzemieślnik, jeżeli zamówienia nie przyjmie? Poświadczy
tym samym, że nie potrafi sprostać zadaniu i straci renomę. Gdzie
tu miejsce dla artysty? A przecież wiemy, jaka jest różnica pomiędzy
malarzem pokojowym a artystą malarzem, tak samo między kamieniarzem
a rzeźbiarzem. Malarz pokojowy nie umiałby namalować portretu nawet
własnej żony. Oczywiście tak jest, jeżeli artyzmem byłoby namalowanie
wizerunku jakiejś osoby tak, aby była do siebie podobna, mniej więcej
tak, jak na fotografii. Ale jest tutaj pewna subtelność.
Podejrzewam, że artysta malarz to jeszcze niezupełnie
artysta. Sama, nawet wysokiej klasy, umiejętność nie byłaby sztuką.
Brakowałoby wciąż owej oczekiwanej symetrii pomiędzy odbiorcą dzieła,
jego wolnością a wolnością twórcy dzieła - artystą. Pytanie
jest proste: jak włączyć artystę do skądinąd uczciwych relacji
pomiędzy rzemieślnikiem - wykonawcą, a więc autorem, a
nabywcą dzieła - amatorem. Sposób jest chyba jeden
- dać obydwu po równo maksimum wolności.
Prawdę powiedziawszy, biorąc pod uwagę stan stosunków
cywilno-prawnych, obydwaj mają tej wolności pod dostatkiem, tzn. ani
rzemieślnik nie jest przymuszony do uprawiania swojego zawodu, do
stosowania tych a nie innych metod, technik, konwencji jak niegdyś
bywało, ani też odbiorca jego pracy nie musi nabywać czegoś, do czego
nie ma przekonania. Takie są stosunki na wolnym rynku dzieł i usług
plastycznych, muzycznych, teatralnych, parateatralnych i literackich.
Więcej wolności trudno sobie wręcz wyobrazić. A jednak można.
Niech więc rzemieślnik (artysta rzeźbiarz, artysta
malarz lub inny poeta) nie czuje się związany warunkami przetrwania,
pracą dla zarobku i sławy (jedno drugie wspomaga). Niech też amator
nie czuje się związany pamięcią przodków, miłością do żony, prestiżem
firmy, religią ani ojczyzną. Co im obydwu pozostanie? Pozostanie
upodobanie do obrazów, figur, do pięknego wysłowienia, które niczemu
innemu już nie służy. Jest nieużyteczne. To jest wolność. Taka wolność,
praktykowana tak sobie, na co dzień prowadziłaby do anarchii. Tam,
gdzie wszystko wolno, bez względu na innych, tam nieuchronnie dochodzi
do konfliktów. Ale nie myślimy o pozbyciu się zasad w działaniu,
a więc w dziedzinie poddawanej ocenom moralnym, ani nie mówimy o
poznaniu, gdzie ważne jest kryterium prawdy, twardo stoimy na gruncie
wytwórczości i, z założenia, nasz produkt jest nieużyteczny, ale
może być na swój sposób piękny. Byłoby to piękno zadowalające jego
wykonawcę i po prawdzie najpierw tylko jego. Zrobić takie dzieło
to dopiero byłaby sztuka!
Byłby to obraz lub statua, która niczemu nie
służąc nie może w żaden sposób kogokolwiek obrażać, jakkolwiek szkodzić,
która niczemu nie służąc nie może też nikogo wspomagać, nie może
być rzeczniczką ani słusznej, ani niesłusznej sprawy. Jest to rzecz
doskonale obojętna wobec spraw tego świata. Nawet wobec właściwego
epoce poczucia piękna. Jest po to, aby być. To wyodrębnione istnienie
jest jej jedyną racją bytu. Niczego nie wyraża, a tylko niewątpliwie
istnieje. To właśnie, że jest odrębnym bytem i jednocześnie jest
bytem związanym z całym długim ciągiem tradycji, określa wartość
dzieła jako dzieła sztuki. Sztuka nie istnieje - istnieją
dzieła sztuki, jak mawiał Etienne Gilson.
Dopiero wtedy, gdy rzemieślnik zdecyduje się na
pracę, bardzo ciężką, dla transcendentalnej nieużyteczności,
może zostać artystą. Artystami są zatem rzemieślnicy pracujący dla
odnowienia formy w materii dźwiękowej, wizualnej, słownej (według
George'a Kublera). Tylko stan pełnej wolności, suwerenności
doskonałej, uzdatnia do wykonania takiej odnowicielskiej misji.
Jest chyba oczywiste, że osiągnięcie takiego stanu wraz z rozwiniętymi
na najwyższym poziomie umiejętnościami wykonawczymi i uzdolnieniami
działania innowacyjnego nie jest sprawą łatwą i dostępną tak sobie,
każdemu i na co dzień. Artystą bywa się od czasu do czasu, właśnie
osiągając nie tylko taki stan ducha wolnego, ale także najwyższe
napięcie intelektualnych i wykonawczych możliwości. Artysta robi
rzeczywiście co chce z materią dzieła i w jego granicach nie napotyka
na opór. Wybiera bowiem tylko to, co do techniki, metody i konwencji
(nowej oczywiście), nad czym w pełni panuje. Sztuka jest łatwa.
W zasadzie po wykonaniu dzieła sztuki, artysta
nie musi go spieniężać, nie musi pokazywać, udostępniać, odgrywać,
drukować. To my, ci inni, zazdrośni o wzniosłe przeżycia stramy
się jakoś pozyskać jego przychylność, aby doznać równego zachwytu
nad wzniosłą gamą proporcji, nad nową formą dzieła. Odbiorca ma
symetrycznie tyle samo wolności co artysta. Może, ale nie musi,
oglądać, kupować, słuchać, płacić za bilet, czytać.
W jaki sposób i na jakich warunkach mogą się
spotkać te wolności?
Zakładam, że ten stan pełnej wolności, postawa
bez-interesu w intencjach, są osiągane w równym stopniu przez
autora dzieła jak i przez miłośnika malarstwa (rzeźby, grafiki,
poezji itp.). Ale to jeszcze nie wystarczy do rzeczywistego spotkania,
współodczuwania i rozumienia dzieła. Potrzebna jest równa kompetencja,
równa znajomość rzeczy, wiedza o tradycji, do której dzieło odsyła.
Nierówność potencjałów, która przyciąga ku sobie
osoby autora dzieła sztuki i nabywcę, a przynajmniej życzliwego
widza, polega na różnicy kompetencji w wykonaniu dzieła i to jest,
jak się wydaje, oczywiste. Autor osiągnął kompetencję w stopniu doskonałym.
Odbiorca jej nie posiada, a przede wszystkim nie byłby zdolny do
wyprowadzenia nowej formuły dzieła, nie wypracowałby nowej metody
wykonania, nie powziąłby nowej idei, której olśnieniu autor obrazu
lub rzeźby zawdzięczał chętne ponoszenie pewnego nakładu pracy i
znoszenie niepewności co do wyniku. Ta zdolność właśnie w tym momencie
tworzenia była dana tylko temu malarzowi (rzeźbiarzowi, poecie...).
W tym czasie i tylko w tym czasie był artystą.
Może się wszakże zdarzyć, że artysta nie znajdzie
ani w swoim bliższym, ani w dalszym otoczeniu kogoś, kto miałby ten
niezbędny rys charakteru, tę samą postawę bezinteresownego zajęcia
się grą rzeczywistości plam barwnych lub brył i byłby skłonny rozpatrzyć
nową formułę ich porządkowania, a ponadto miałby wiedzę o tradycji,
wyrobione oko. Może się więc zdarzyć, że artysta umrze z głodu zanim
publiczność pozna się na wartości jego dzieła. Ale właśnie na tym
ryzyku życia, jak twierdzi Gilson, polega wielka godność powołania
artysty. Według Stanisława Ossowskiego wszyscy mamy zdolność przeżycia
estetycznego i dlatego jest ono subiektywne i demokratyczne. Ale
zdolność rozpoznania wartości artystycznej nie jest wszystkim dostępna,
wymaga bowiem wyżej wymienionych kompetencji, jest zatem obiektywna,
ale arystokratyczna.
3. Znaczenie tradycji.
Gdyby nie było rzemieślników wytwarzających
obrazy, figury, widowiska i zajmujące teksty, gdybyśmy nie potrzebowali
tych światów konstruowanych przez człowieka na użytek zabawy nie byłoby dzieł
sztuki. Wiemy, że u źródeł tej aktywności są pradawne początki wierzeń
i idei religijnych, aktywność wytwórcza i potrzeby komunikowania
się. Cała tradycja kultury składa się na to, aby w pewnym momencie
Kwintylian mógł zapytać: Za co cenimy "Dyskobola"; Myrona? - i odpowiedzieć: Za ruch miotacza, bo nowy
i trudny.
Bez świadomości tradycji artystyczna gra -
odkrywczość, odnowienie formy w materii - nie istniałaby, bo nie
byłoby tej specyficznej materii, w której twórczość artystyczna wypełnia
swoją odnowicielska funkcję. Dlatego to Jan Paweł II w 2000 roku
pisząc swój list do artystów zaadresowal go: Do tych, którzy
tworzą nowe epifanie piękna. W ten sposób podał syntetyczną
definicję artysty. Ta rzeczywista twórczość - niezwykła zdolność
objawienia nowego piękna - warunkuje wolność artysty, albo inaczej
jeszcze, to rzeczywiście wewnętrznie wolny człowiek może być twórczy.
Gdyby wziąć chronologicznie ułożone reprodukcje
np. malarstwa (np. od rensansu po współczesność) i szybko je przekartkować,
to zauważymy ubożejące coraz bardziej motywy, aż do jakichś minimalnych
ingerencji w wysmakowane jednobarwne powierzchnie w końcu wieku
dwudziestego. Można zacząć chociażby od Uczty w domu Lewiego,
pamiętając że autor obrazu - Paolo Veronese - miał trochę
kłopotów z Inkwizycją, ponieważ temat ewangeliczny (pierwotnie miały
to być Gody w Kanie Galilejskiej) potraktował z większą dbałością
o wystawne efekty malarskie, a z mniejszym wczuciem się w religijny
sens wydarzenia.
Te różne doświadczenia i anegdoty z życia malarzy
i rzeźbiarzy sprowokowały mnie do poszukiwania wyjaśnienia tych
szczególnych przypadków i zastanawiających stanów rzeczy w sztukach
pięknych, jak i w szerzej rozumianej twórczości artystycznej w ogóle.
Oczywiście starałem się zachować w pamięci te konstatacje filozofów,
które moje doświadczenia i przeświadczenia potwierdzały:
Etienne Gilson zwrócił uwagę na bliskie podobieństwo
pomiędzy świętym i artystą, bowiem obaj dążą do doskonałości. Święty
dąży do doskonałości swojej duszy, a artysta zmierza do osiągnięcia
doskonałości swego dzieła. Różnica zaś polega na tym, że artysta
zajęty dziełem zaniedbuje niekiedy, a może nawet bardzo często,
doskonalenie swojej duszy.
Jean Marie Goutierre w jednym ze swoich wykładów
wrocławskich zwrócił uwagę na fakt zdawałoby się oczywisty. Oto
stoimy na wielkiej górze znakomitej tradycji artystycznej i trudno
dzisiaj do tego dziedzictwa jeszcze coś oryginalnego dołożyć. Aby
coś sensownego dodać, trzeba mieć jakieś większe kwalifikacje niż
tylko profesjonalnie rozwinięty fizyczny talent, np. malarski.
Zdaniem J.M. Goutierre kryteria etyczne nie mają zastosowania w
dociekaniu wartości artystycznej dzieła sztuk pięknych.
Jose Ortega y Gasset uważał na przykład, że takiego
fizycznego talentu malarskiego nie miał Cezanne, ale najlepiej
zrozumiał i przemyślał problematykę malarstwa w szczególnym momencie
swojej epoki. Lepiej zatem nie zaniedbywać dzisiaj ćwiczenia doskonałości
duszy i umysłu i nie polegać jedynie na fizycznym talencie malarskim,
rzeźbiarskim lub jakimkolwiek innym. Być może wtedy otworzą się
przed malarzem czy rzeźbiarzem nowe przestrzenie rzeczywistej twórczości.
Kreacja nowego ładu estetycznego, nowych epifanii
piękna, to zapewne moment otwarcia na inny wymiar rzeczywistości,
a zatem i przekroczenie ograniczeń, także ograniczeń wynikających
z zaniedbania doskonalenia swojej duszy.
4. Twórczość - dobro niechciane.
Nie ma żadnej reguły, chociaż można mówić o pewnych
granicznych warunkach, pojawiania się częściej lub rzadziej,
albo niepojawienia się wcale, twórczości artystycznej. Francisco
Goya pracował w Hiszpanii w czasach uwiądu gospodarczego i społecznego
tego mocarstwa kolonialnego. Ale twórcy włoskiego renesansu pracowali
w czasie rozkwitu swoich księstw, republik miejskich i Państwa Kościelnego.
Nowe Państwo - wystawa niedawno prezentowana
w stolicy Austrii nie opowiada o historii jednego z państw Europy
Środkowej po rozpadzie Austro-Węgier, lecz jest wystawą malarstwa
i rzeźby. Dla kulturalnej publiczności stała się ta wystawa sensacyjnym
wydarzeniem, ponieważ nie było dotychczas szerszej informacji o
kulturze międzywojennego okresu zapomnianych pogranicznych prowincji
dawnych trzech mocarstw Rosji, Austro-Węgier i Prus. Właśnie te prowincje
utworzyły Nowe Państwo po zbrojnym konflikcie pomiędzy
europejskimi potęgami. Było to państwo biedne i niezbyt atrakcyjne
turystycznie. Po ludzku rzecz biorąc nie było żadnych przesłanek,
aby właśnie tam miały powstawać najważniejsze idee artystyczne Europy.
Kiedy dawne mocarstwa (Prus i Rosji) odbudowały i połączyły swe
siły, to państwo zostało pokonane. Pozostawiło po sobie jednak tradycję
kultury artystycznej, która musi dzisiaj zdumiewać, szczególnie
tych, którzy wyznają poglądy łączące szanse artystycznych dokonań
z potencjałem gospodarczym i politycznym (militarnym). Po kolejnym
wielkim konflikcie zbrojnym pomiędzy światowymi potęgami w miejsce
tamtego Nowego Państwa utworzono inne nowe państwo
o podobnej nazwie. Przez pół wieku było to dominium rosyjskie z
wszystkimi konsekwencjami ustrojowymi, z innymi granicami, które
wykrojono z terytoriów zlikwidowanego państwa pruskiego i z części
odstąpionych przez Rosję.
Przed kilkunastu laty w wyniku znacznego osłabienia
Rosji to państwo dominialne uzyskało suwerenność. Jego funkcjonariusze
z niedowierzaniem przyjęli starania muzealników austriackich. Wzdragano
się nawet przed udostępnieniem zachowanych w piwnicach zbiorów.
Obawiano się kompromitacji, chociaż z tamtym międzywojennym państwem
obecnego nowego państwa nie łączy tradycja prawna. Strannie
zadbano, aby poważniejszych stanowisk w tym jeszcze nowszym innym
nowym państwie nie pełnili zwolennicy lub ministrowie dawnego
Nowego Państwa. Jednakże tożsamość kulturowa ludności
pozostaje faktem. Uporczywość Austriaków, podtrzymujących pewien
sentyment do dawnych prowincji cesarstwa Habsburgów, wymusiła w
końcu udostępnienie zbiorów.
Twórczość artystyczna może być dobrem niechcianym.
Czymś żenującym, wstydliwym, gdy trafia się wśród społeczności niepewnych
własnej wartości. Co więcej, za twórczość artystyczną może uchodzić
wszystko to, co się przeciwstawia wartościom wyznawanym przez wielokrotnie
pokonanych. Drwina z ich godeł, znaków i symboli zdaje się być warunkiem
niezbędnym do uznania za rzeczywiście europejskiego artystę, a łudzące
podobieństwo jego utworów do pierwowzorów uznanych już gdzie indziej
staje się powodem zainteresowania specjalistów od sztuki.
Przed rokiem w stolicy Szkocji prezentowano wystawę
ośmiorga plastyków polskich zaproszonych przez Szkotów do urządzenia
swoich pokazów w Edinburgh College of Art. Ta wystawa, na domiar
złego wypadająca w czasie Międzynarodowego Festiwalu Edynburskiego
- imprezy wielkiej i bardzo prestiżowej, wywołała wielkie
zaniepokojenie władz kulturalnych naszego kraju. Okazało się bowiem,
że żadna z osób wystawiających swoje prace w Edynburgu nie figuruje
na listach preferencyjnych skrupulatnie tworzonych w stolicy Polski.
Wystawy nie dało się już odwołać. Na szczęście powołany niedawno
Instytut im. Adama Mickiewicza zdążył wysłać odpowiedni memoriał
prostujący pomyłkę Szkotów i przedstawiający im listę, wraz z odpowiednim
omówieniem, innych prawdziwych polskich artystów państwowych, odpowiadających
europejskim standardom. Tekst memoriału rozpowszechniano także w
czasie otwarcia i po otwarciu w ECA wystawy ośmiorga niekoncesjonowanych
plastyków.
Te przykłady świadczą o tym, że ocena i przyjęcie
nowych wartości wymaga czasu. W ocenach szkockich krytyków wystawa
znalazła się na wysokiej pozycji, ale jest faktem, że nie odpowiadała
europejskim standardom, a przynajmniej takim jakie znają funkcjonariusze
państwowego aparatu upowszechniania sztuki w Warszawie.
W latach 1956-1976 Wrocław zasłużył sobie
na legendę siedliska awangardowej muzy. Znaczny w tym udział, oprócz
szerzej znanych eksperymentalnych teatrów i poezji, mieli także
plastycy, a to dlatego, że śmiało przekraczali bariery gatunkowe
i stylistyczne wewnątrz wizualności wysokozorganizowanej, a ponadto
odważyli się na penetrację pogranicza różnych dziedzin: teatru,
poezji, fotografii, filmu, muzyki, telewizji, a nawet próbowali
uczynić z nauki, nowoczesnej techniki i środków informacji jakieś
nowe tworzywa kreacji zabawowej - artystycznej. Tak oto, mimo
znanej nam mizerii realnego socjalizmu, barier polityki kulturalnej
z jej fundamentalnym monocentryzmem i cenzury, Muzy upodobały sobie
Wrocław. Fakt tej wzmożonej a całkiem niespodziewanej aktywności
odnotowali liczni komentatorzy życia artystycznego.
Kiedy minęły lata zasadnicznych ograniczeń systemowych,
gdy odium antysocjalistycznej konspiracji już nie było argumentem
za odrzuceniem publikacji o wrocławskiej awangardzie i szerzej -
cyganerii artystycznej, postanowiliśmy, ze Stanisławem Srokowskim
- pisarzem, złożyć nieco zbeletryzowaną, a przede wszystkim
dobrze ilustrowaną kronikę tamtych wydarzeń. Chcieliśmy wesprzeć
legendę opisem faktów dla szerszej publiczności nie tylko wrocławskiej,
ale polskiej i zagranicznej. Stosowny wniosek złożył Srokowski,
poprzez jedno z wydawnictw, w Urzędzie Miejskim Wrocławia, rzecz
bowiem wymagała finansowego wsparcia. Odpowiedź była odmowna i zawierała
uzasadnienie tej odmowy. Oto zdaniem urzędu taka książka nie mogłaby
przyczynić się do promocji pozytywnego wizerunku Miasta, o co w
pierwszym rzędzie władze miejskie zabiegały.
Istotnie legenda i historia artystycznego ruchu
we Wrocławiu nie bardzo odpowiada klasycznym normom społecznym,
politycznym i oprawie instytucjonalnego ceremoniału. Dla absolutnej
większości, a nawet może dla wszystkich samorządowych polityków,
te zjawiska, ludzie, dzieła i idee były z gruntu obce. Nawet mieszkając
we Wrocławiu nigdy się z nimi nie zetknęli. Ich ostrożność wydaje
się całkiem usprawiedliwiona. To, o czym teraz z zakłopotaniem dowiadywali
się, było zbyt różne od przykładów miarodajnych, stołecznych, a
też inne niż ważne wzorce zachodnie - francuskie i niemieckie.
Przypomniała mi się wtedy historia moich i Jurka Ludwińskiego zabiegów
wokół koncepcji galerii Pole gry, którą, przy pewnej sympatii
lokalnych czynników i artystów wrocławskich jak i z innych polskich
ośrodków, chcieliśmy w 1973 roku uruchomić w Bolesławcu. Wymagała
ta inicjatywa zgody Urzędu Wojewódzkiego. Jednak tej nie otrzymaliśmy.
Bardzo nam sprzyjający urzędnik powiedział rozkładając ręce: Panowie,
gdyby tak można było powołać się na jakiś przykład podobnych działań
niekoniecznie w Moskwie czy w Warszawie, może być Paryż, ale żeby
był przykład, że już ktoś coś takiego robi. Niestety nasza koncepcja
nie była kopią ani transpozycją tych odległych wzorów. Urzędy nie
są najlepszymi pośrednikami pomiędzy artystami i dziełami ich talentu
a miłośnikami twórczości artystycznej.
SZTUKA JEST WOLNOŚCIĄ
Parę niewiele artystycznie znaczących wydarzeń,
ale rozegranych na pokojach stołecznej państwowej galerii uruchomiło
falę publikacji za i przeciw wolności sztuki. Zanim
jednak zacznę bronić performerów, chcę przypomnieć
aforyzm Heinricha Bolla: Sztuka wolności nie potrzebuje -
sztuka sama jest wolnością. Wypada przy okazji wspomnieć, że chodzi
tutaj o twórczość artystyczną, a nie o dowolnie preparowane formy
widowisk, figur tak kamiennych jak i woskowych czy na różne sposoby
malowanych obrazów, tak samo ruchomych jak i nie ruszających się lub utworów dźwiękowych sprawiających miły uszom słuchaczy hałas.
Spośród tej wielkiej masy rzemieślniczej produkcji tylko bardzo
nieliczne utwory mają tę cechę, że odnawiają formę w materii (słownej,
dźwiękowej, wizualnej). Tak więc przez sam fakt, że ktoś się taką
produkcją zajmie, nie staje się artystą. To tylko znikoma liczba
kompozytorów, pisarzy, malarzy, reżyserów, fotografów i innych umiejętnych
zabawiaczy, w tym przedstawiaczy - performerów,
bywa czsami artystami. Żadne dyplomy, nawet najbardziej renomowanych
uczelni, ani nagrody światowych przeglądów (Nagrody Nobla nie wyłączając)
nic dodać ani ustanowić w klasie dzieła, ani w klasie osoby -
autora dzieła, nie są w stanie. Film, przedstawienie (performance)
czy skomponowane zdarzenie (happening) mogą być głupie, nieudolne,
jak i wyśmienite, a nawet znaczące artystycznie (nowość i oryginalność).
Nie ma zatem żadnej dostatecznej racji, aby publikowanie takiej
produkcji wyjmować spod powszechnie obowiązujących norm prawnych
i zwalniać autorów od odpowiedzialności za ich produkcje. To samo
dotyczy kierowników publikujących te utwory instytucji. Z przestrzegania
dobrych obyczajów też nie należy ani nie ma żadnych logicznych
powodów, aby kogokolwiek zwalniać. Sztuka wolności nie potrzebuje.
Niepotrzebnie wikła się pan Jan Wróbel (Horyzont
wiedzy o człowieku, "Życie“, 6.02.2001) w polemikę z panią
Dorotą Jarecką ("GW“ 31.01.2001) popełniając analogiczny
błąd polegający na wartościowaniu samego gatunku tych praktyk parateatralnych,
jakim jest przedstawienie (performance). To tak jakby oceniać malarstwo
i malarzy, powodując sie malarskimi ambicjami Adolfa Hitlera. Oczywiście
Hitler byłby mniej szkodliwy jako niezbyt utalentowany, ale hałaśliwy
malarz, niż był jako polityk. Rożne formy parateatru nie są, wzięte
same w sobie, ani mniej, ani bardziej wartościowe, bez względu na
to, jaki system wartości wyznajemy. Istotne pytanie dotyczy długiej,
dłuższej niż ostatnich parę takich wydarzeń, serii faktów publikowanych
przez państwowe instytucje artystyczne, a nawet tego należy się
czepić, że te instytucje publikowały nieomal wyłącznie Art
Defeko w wykonaniu "performerów“, co słusznie
zresztą oburza Jana Wróbla. Pisze jednak o tym, jakby nie wiedział,
że oprócz tej miernej, ale za to w bardzo złym guście produkcji,
istnieje, w tym samym rodzaju ekspresji, produkcja warsztatowo perfekcyjna
i także artystycznie znacząca, a jej autorzy nie muszą sięgać po
obyczajowy eksces, aby cokolwiek osiągnąć. Właśnie, czy nie muszą?
Właściwie powinni, aby zostać zauważeni tak samo przez te państwowe
instytucje jak i przez pana Wróbla. Wydaje się jednak, że wielu
dyskutantów utożsamiło parateatr z obscenicznymi praktykami i lewacką
dewiacją. Być może o to właśnie chodziło strategom nowej
lewicy dobitnie scharakteryzowanym przez Cezarego Michalskiego
w tym samym numerze "Życia“.
Parateatr ma swoją tradycję stuletnią, nie licząc
bardzo dawnych precedensów (happeningi Leonarda da
Vinci). Można też przywołać silnie zakorzenione w polskim obyczaju
kulturowym przykłady i te dawne, jak i tworzone z premedytacją akcje
futurystów krakowskich i teatr "Cricot“ Władysława Jaremy
przed II wojna światową. Wznowienie tej tradycji nastąpiło po wojnie
po przełomie październikowym 1956 roku. We Wrocławiu "Teatr“
sensybilistów i katastrofistów animowany przez Kazimierza Głaza
i Michała Jędrzejewskiego (1957 i 1958 - pierwsze happeningi),
później w Krakowie także Bogusław Schaffer z grupą "MW -
2“ i Tadeusz Kantor podejmą konwencję komponowania zdarzeń.
Teatr Trumna (Adam Rząsa) we Wrocławiu w latach 1962-1966
realizuje przedstawienia jako przedstawienia (performance).
Środowisko warszawskie od drugiej połowy lat 70 preferuje stylistykę
przeniesioną z Niemiec (Zachodnich) o silnych akcentach obyczajowego
horroru.
Ten ostatni nurt zyskał wprost wsparcie mecenatu
państwowego po 1989 roku. Wrocławska linia tradycji
parateatru ewoluowała autonomicznie od ekspresyjnych manifestacji
po bardziej formalnie zrygoryzowane przedstawienia w latach 70. (studio
Kompozycji Emocjonalnej) i coraz subtelniejsze realizacje np. Wojciecha
Stefanika, Grzegorza Dutkiewicza, Barbary Kozłowskiej i in. Wrocławscy
performerzy posiadali wprawdzie bardzo skromne środki,
ale zdołali utworzyć swoje para-instytucje jak galerie
("Katakumby“, "Babel“, "Zakład nad Fosą“, "Ośrodek Działań Plastycznych“,
"X“) - struktury alternatywne w stosunku do sieci placówek kontrolowanych
przez ówczesne władze. W tym kręgu ukazywało się też pierwsze bezdebitowe
pismo artystyczne od 1972 roku (Organ Studia Kompozycji Emocjonalnej).
Komponowanie tych przedstawień i zdarzeń realizowanych
z nastawieniem na wykonawczą perfekcję miało w ośrodku wrocławskim
takie ważne punkty odniesienia, jak parateatr Grotowskiego, Tomaszewskiego
i Teatr Mimu "Gest“. Chętnie podtrzymywane kontakty
z Krakowem uzmysławiały mozliwość innej drogi niż osiagnięcia "Cricot-2“
Kantora czy równie nasyconych poważną symboliką manifestacji
Jerzego Beresia. Z innej strony biorąc, wrocławska sztuka
pojęciowa wskazywała na możliwość eksploatowania intelektualnych
paradoksów, gier znaczeniowych, a niekoniecznie epatowania nieobyczajnością
lub nadużyciem religijnej symboliki, jak w wypadku performance’ów
Zbigniewa Warpechowskiego (np. "Champion of Golgota“).
Różnicę pomiędzy szkołą wrocławskich i warszawskich performerów
można by porównać do różnicy pomiędzy angielskim a niemieckim poczuciem
humoru.
Być może programowa działalność warszawskich
kuratorów jest inspirowana wskazaniami strategii nowej lewicy,
chociaż wątpię, abyśmy mieli do czynienia z tak wyrafinowanymi zamierzeniami.
Sadzę, że rzeczy mają się o wiele prościej. Więcej jest w centralnych
instytucjach artystycznych i w samym Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa
Narodowego ludzi o niewielkiej wiedzy, skromnej wyobraźni i wrażliwości
wymagającej mocnych wrażeń niż wyrafinowanych strategów. Lepiej
widać by było polską twórczość artystyczną w Europie i na świecie,
gdyby było inaczej niż jest w tym fragmencie salonu warszawskiego.
W innych czasach i w innym wymiarze podejmowali
artystyczne ryzyko twórcy ruchu sensybilistów i "Pomarańczowej
Alternatywy“, a inne ryzyko towarzyszy państwowym artystom
III Rzeczpospolitej spod znaku Art Defeko. Nie wylewajmy
zatem dziecka z kąpielą. Przedstawienie (performance) i zdarzenie
(happening) mają swoją ważną dla polskiej kultury tradycję i oryginalne,
nośne artystycznie osiągnięcia. Mają też przeciwne tej tradycji
patologie. Dobrze byłoby patologiczne zachowania pomijać, a tradycję
twórczości w praktyce parateatru dobrze rozpoznać i upowszechnić
także przez stołeczne instytucje, a może nawet przy wsparciu środków
publicznych. Wprawdzie w innej branży, ale jakieś pierwsze precedensy
już są. W 1999 roku Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie zorganizowało
znakomitą wystawę "Refleksja konceptualna w sztuce polskiej“
według rygorystycznych kryteriow historycznych i jakościowych. Ale
katalog tej wystawy jeszcze się nie ukazał. O tym, że trzeba nie
tylko pokazać, ale też to, co się ukazuje, należy dokumentować, musimy
wciąż przypominać dobroczyńcom kultury narodowej.
KŁOPOTY ZE SZTUKĄ III RP
Nie wszystko złoto co się świeci.
Zdarzało się, że tzw. galerie sztuki, a
więc sklepy i wystawowe sale niekomercyjne z wszelką produkcją w
sferze wizualności wysokozorganizowanej (malowane ręcznie obrazy,
obrazy powielane technikami graficznymi, fotografie, statuetki i
większe rzeźby, ręcznie wytworzone lub tylko ręcznie zdobione ze
szkła i ceramiki flakony, wazony, patery kubki szklanki, itp),
wystawiały czasem także takie dzieła, których wartość artystyczna
została póżniej potwierdzona. Są to jednak wypadki bardzo rzadkie,
a to dlatego, że bardzo rzadko zdarza się nawet znakomitym malarzom,
rzeźbiarzom lub innym plastykom osiągnięcie czegoś więcej niż rzemieślniczego
wytworu. Częściej, ostatnio coraz częściej, pojawiają się w galeriach
takie utwory plastyczne, czy tzw. instalacje (urządzenia przestrzenne),
które nawet nie przekraczają poziomu przejawów (postawy, ideologii,
uczuć itp.), a więc nie osiągają poziomu wytworu, o poziomie dzieła
oryginalnego, a tymbardziej dzieła sztuki, nie wspominając.
W dzisiejszych czasach stoimy na wielkiej górze
znakomicie rozwiniętej tradycji. Jest więc bardzo trudno o odkrycie
nowej formuły dzieła. Gdyby to się szczęśliwie zdarzyło któremukolwiek
z naszych plastyków, dzięki wielkiemu talentowi i ciężkiej pracy,
to i tak nie dowiemy się o tym na czas, ponieważ możliwości rozpoznania
dzieła artystycznie wartościowego są obecnie w Polsce niewielkie.
Opinia publiczna, a także potencjalni nabywcy, są zainteresowani
raczej specyficzną tematyką i wartościami historycznymi niektórych
rodzajów plastyki, ewentualnie popularnością nazwiska jakiegoś autora.
Ale nie ma w Polsce liczącej się grupy znawców i miłośników twórczości
artystycznej w sztukach pięknych we współczesnym ich wydaniu (są
pojedyncze osoby bez wpływów). Jednocześnie istnieje olbrzymia presja
środków przekazu, które powodują, że liczy się w szerszej opinii
tylko to, co zyskało ich akceptację, tj. nagłośnienie, przy
mocno zredukowanej roli profesjonalnej krytyki artystycznej (jeśli
jeszcze taka w Polsce się uchowała). Pewną część artystów plastyków,
szczególnie młodego pokolenia, taki stan rzeczy doprowadził do
kilku wniosków:
- Liczy się pozycja jaką zajmuje się w kombinacji poparcia środowiskowego
i tzw. mediów.
- Osiągnięcie takiej pozycji, która przynosi przyzwoite dochody,
jest niezależne od klasy artystycznej dzieła, ale zależy wprost
od decyzji opiniotwórczych grup kontrolujących przy tym środki
publiczne skromnie wydzielane na popieranie tzw twórczości plastycznej.
- Nie istnieje żadna koncepcja wydatkowania, ani wiarygodny sposób
sprawdzania zasadności wydawania pieniędzy podatnika na sztukę.
- Istnieje natomiast domaganie się dziennikarzy, krytyki (takiej
jaka istnieje), a nawet wcześniej - niektórych nauczycieli
akademickich, aby dzieło (obraz, rzeźba, instalacja, grafika itp.) zawierało konkretne określenie tzw. przesłania, jakie
miałoby ono przenosić, aby wskazywało możliwie najdobitniej jakiej
ideologii chce służyć.
- Sposobem o największej nośności medialnej i jednocześnie sposobem
na uzyskanie akceptacji środowiska krytyków i kuratorów prestiżowych
wystaw finansowanych przez państwo, a także sposobem dającym szansę
rekomendacji na prawdziwy - zachodni rynek unikatowych wyrobów
plastycznych, jest użycie pewnych form przejętych z autentycznej
twórczości artystycznej dla spreparowania swoistej sztuki zaangażowanej,
w tym zaangażowanej szczególnie w manifestowanie pogardy dla
wyznawców chrześcijaństwa.
- Można uprawiać ową sztukę zaangażowaną (używa się tutaj
dla niepoznaki terminu sztuka krytyczna) na kilka sposobów,
z których najprzydatniejsze są te związane integralnie z konwencją
publicznego pokazu czasowego, a nie np. obrazów olejnych do zawieszenia
na ścianie w prywatnym mieszkaniu.
- Oczekiwany jest znaczniejszy udział przestrzennych form jako
nośników treści. Chodzi tutaj o mniej lub bardziej widowiskowe
zastosowanie uprzestrzennienia, zazwyczaj na poziomie opracowania
manekina, kukły, zaprojektowanie swego rodzaju gabloty -
słoja, akwarium dla preparatu lub eksponatu, stojaka, lub rusztowania
dla zbitek obrazowych itp.
- Preferowane jest mieszanie środków, wprowadzanie obrazów ruchomych
na różnych nośnikach (film, video, płyty CD i in.).
- Treść komunikatu, jaki chce się zawrzeć w przesłaniu
sztuki zaangażowanej (krytycznej), powinna dotyczyć:
a) norm obyczajowych np. przez ich przekroczenie (eksponowanie
obscenii, okrucieństwa fizycznego i psychicznego, dyskredytację
ułomności itp.);
b) znieważenia jakiegoś symbolu religijnego, narodowego, państwowego;
c) poniżenia znanej osoby związanej z religią, jakąś dziedziną
kultury artystycznej, polityką itp.
Politycy, krytycy, plastycy, kuratorzy wystaw,
dyrektorzy instytucji artystycznych i widzowie występujący z poparciem
dla autorów skandalicznych produkcji jak dotychczas nie przedstawili
analizy wskazującej na wartość artystyczną tych przedmiotów, widowisk,
spektakli. Nie mamy więc najmniejszego powodu, aby uznawać te utwory
za dzieła sztuki, a więc ich autorów i autorki za artystów i artystki.
Fakt eksponowania utworu w tzw. galerii sztuki sam przez się
niczego nie dowodzi. Nawet wystawienie na Biennale w Wenecji nie
czyni z kukły rzeźby, a z rzeźby dzieła sztuki.
Sztuka jako tabu.
Sąd w Gdańsku 18 lipca 2003 roku uznał plastyczkę
Dorotę Nieznalską winną obrażenia uczuć religijnych instalacją "Pasja";
i wymierzył jej karę sześciu miesięcy ograniczenia wolności. Autorka
"Pasji"; ma przepracować na cele społeczne 20 godzin
miesięcznie. 19 lipca 2003 roku w Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku
odbyła się uroczystość otwarcia wystawy pt. "Sztuka III RP";
(re - prezentacja faktów artystycznych - Triennale
Młodych) z udziałem pani Nieznalskiej. Jednego dnia ta sama
osoba otrzymała za swoja działalność karę, a w dniu następnym została
publicznie wyróżniona udziałem w prestiżowej, wspieranej autorytetem
państwa wystawie. Tym razem celem obróbki gdańskiej plastyczki jest
konfesjonał ("Absolucja";), a penisami zajął się inny
artysta III RP. Trudno o bardziej znaczące następstwo wydarzeń,
chociaż takiego symbolu nikt nie zaplanował. Za sprawą gdańskiego
sądu wróciła po dwóch latach na łamy prasy dyskusja o wolności artysty.
Przed dwoma laty pisałem, że nie ma żadnej dostatecznej racji, aby
publikowanie produkcji plastycznej i wszelkich innych zabawowych
spektakli wyjmować spod powszechnie obowiązujących norm prawnych,
zwalniając autorów i kierowników galerii od odpowiedzialności za
przestrzeganie dobrych obyczajów (Sztuka jest wolnością, "Życie";,
22.03.2001). Nie spodziewałem się wznowienia debaty na temat wolności
artysty, ponieważ już wtedy wydawało się, że powiedziano jeśli nie
wszystko to dostatecznie wiele, aby do sprawy nie wracać. Wystawę
w Orońsku media taktownie przemilczają. Debata wprawdzie dość szeroka,
nie prowadzi jednak do wyraźniejszych konkluzji, ponieważ jej uczestnicy
swobodnie posługują się pojęciami sztuki, artysty, dzieła sztuki.
Artystą może być każdy, sztuki nie da się zdefiniować, a ponadto
we współczesnej kulturze żadne tabu nie istnieją.
Politycy: pan Marek Borowski - Marszałek Sejmu
i pan Władysław Frasyniuk - Przewodniczący Unii Wolności w swoich
listach otwartych udzielili moralnego poparcia autorce preparatu
pt. "Pasja";. Formuje się grupa nacisku tych polityków,
krytyków sztuki i kuratorów programów wystawowych, którzy pośrednio
proponują eksterytorialność galerii i szczególne uprzywilejowanie
(immunitet?) dla plastyków. Przywołuje się liczne przykłady z historii,
gdy dzieła, niegdyś bulwersujące opinię publiczną, znalazły się
ostatecznie w muzeach jako szacowne zabytki. W końcu powołuje się
na prawo do wolności poglądów, chociaż jak wiadomo nie o poglądy
tutaj chodzi, ale o czynne zniesławienie najważniejszego symbolu
chrześcijaństwa przez umieszczenie na krzyżu fotografii genitaliów
i zatytułowanie kompozycji "Pasja";. Gdyby pani Nieznalska
ogłosiła publicznie, że należy usunąć z miejsc publicznych wszystkie
krzyże i zastąpić je genitaliami, byłby to pogląd (Maciej Rybiński,
Marszałek w roli Woltera, "Rzeczpospolita";, 31.08.2003).
W sporze o granice wolności artysty, przy
braku zdefiniowanych pojęć, idzie raczej o zniesienie jakichkolwiek
ograniczeń, nawet tak skromnych, jak te zapisane w kodeksach - z
jednej strony, a z drugiej - o ochronę minimum przyzwoitości w życiu
publicznym. Sprawa wartości artystycznych, pozycji i roli artysty
jest traktowana moim zdaniem najzupełniej instrumentalnie. Można by
przyjąć, że precyzja terminów nie ma większego znaczenia, ważny
jest goły fakt, a nie kwestia wartości artystycznej, bo tą wartością
dzieła sąd się nie zajmował. Ale na to właśnie się nie zgodzą obrońcy
koncepcji dowolnego posługiwania się symbolami religijnymi i wizerunkami
genitaliów w sztuce. Ich zdaniem jakiekolwiek ograniczenie artystycznej
ekspresji to po prostu gwałt i cenzura. Ten sposób myślenia
prowadziłby do uznania malowania szaletów za formę cenzury, jak
celnie zauważył Maciej Rybiński (Kanikuła z penisem, "Rzeczpospolita";,
25.07.2003).
Jest jednak tabu współczesnej kultury
- to sztuka.
Dobrze byłoby wiedzieć w takim razie, co sztuką
jest, a co nie jest, aby wobec subtelnych natur artystycznych, zarówno
krytyków jak i dziełmistrzów, jak drzewiej w Polszcze mawiano,
nie zachować się jak jakaś, nie przymierzając, Nieznalska.
Stanisław Rodziński odnotowuje zamieszanie
jakie towarzyszy wydarzeniom w polskiej sztuce najnowszej i
niepokojący fakt, że nie interesujemy się sztuką i jej dziejami;
nie ogladamy wystaw, chyba że powstała wokół nich awantura.
Profesor krakowskiej ASP nie odmawia gdańskiej plastyczce tytułu
artystki, natomiast ubolewa, że jej obiekt dla znacznej części
społeczeństwa polskiego jest informacją o polskiej sztuce współczesnej,
i apeluje: Nie pozwólmy, aby w wyobraźni społecznej sztuka
była obszarem głupoty i szyderstwa ze wszystkiego, co nam jeszcze
pozostało, a artysta nadczłowiekiem, którego wolność, indywidualizm
i niepowtarzalna osobowość zwalnia z odpowiedzialności za wszystko
czego dotknie. (St. Rodziński, Awantura o "Pasję";, "Gość Niedzielny";, 10.08.2003). Ksiądz arcybiskup Józef Życiński
uprzejmie wszystkich bez wyjątku plastyków nazywa twórcami.
Ma jednak pewne wątpliwości: Osobiście w tym wypadku wyróżniam
dwa typy pytań. Pierwszy, czyli merytoryczny: "Pasja";
jest raczej prowokacją niż sztuką. Zastanawiam się, czy gdyby zamiast
krzyża Nieznalska użyła gwiazdy Dawida, z takim samym entuzjazmem
broniono by wolności artysty, nieskrępowanego niczym prawa do demonstrowania
prywatnych upodobań estetycznych? Ale drugie pytanie: co możemy -
jako katolicy - zrobić w takich sytuacjach? Jest wielu twórców,
którzy szukając taniej popularności posługują się skandalem. Chrześcijańska
ocena brzmi: nie karać, ale dotrzeć do nich z przesłaniem, które
obudzi wrażliwość sumienia. W tym przypadku używając niefortunnych
środków wyrządzono krzywdę przede wszystkim chrześcijaństwu,
bo pewna część społeczeństwa skłonna jest sądzić, że radykalizm
LPR jest prawdziwym obliczem Kościoła.
(Skok w ciemność,
rozmowa z abp J. Życińskim, M. Okoński i M. Zając, "Tygodnik Powszechny";,
24.08.2003)
Jakiż to radykalizm wykazali działacze LPR zgłaszający
lege artis fakt domniemanego przestępstwa? Mógłby to zrobić
ktokolwiek. Fakt jest faktem. To, że w kilku innych wcześniejszych
skandalicznych wypadkach nie zgłoszono spraw do prokuratury, świadczy
raczej o braku elementarnej wrażliwości sumienia wielu ludzi różnych
wyznań i orientacji politycznych, którzy byli świadkami tamtych
artystycznych dokonań. A jednak abp J. Życiński ma rację mówiąc
o prowokacji, o próbie wytworzenia odpowiednio podbarwionego obrazu
Kościoła. Taka jest polityczna funkcja tych produkcji, bez względu
na to, czy zaangażowany do nich plastyk zdaje sobie z tego sprawę
czy też nie jest świadomy celów swoich mecenasów.
Według tradycyjnego poglądu o tym, że jakiś utwór
wizualności wysokozorganizowanej jest dziełem sztuki, świadczy jego
nowatorska forma i mistrzostwo wykonania analizowane na wielu poziomach.
Dla George’a Kublera artyści są rzemieślnikami pracującymi
dla odnowienia formy w materii (wizualnej, słownej, dźwiękowej).
Ale kompozytorzy, malarze, literaci, filmowcy i wszyscy inni są
tylko rzemieślnikami, oprócz tych nielicznych nowatorów. O dziele
sztuki można by mówić dopiero wtedy, gdy analiza i asemantyczna interpretacja
(poza kwestią tzw. treści) tego w pełni dowiodą. Dopiero wtedy można
powiedzieć o autorze tego właśnie dzieła, że jest lub był artystą.
Jednakże dowód wartości artystycznej dzieła, nawet gdyby udało się
go przeprowadzić w odniesieniu do owych skandalizujących utworów
i tak niewiele pomoże. Argument obrony, że jeśli artysta swoim dziełem
narusza prawo, to nie powinien za to odpowiadać karnie, sąd odrzucił, ponieważ wyłączono by pewien krąg osób z uwagi na szczególne
okoliczności ich dotyczące, czyli artystów z kręgu osób odpowiedzialnych
za obrażanie innych osób. Dura lex sed lex. I to powinno
być jasno wyłożone z oczywistego względu, że jeżeli ktoś
poniewiera kogoś, tworzy jego zohydzony wizerunek, coś mu domalowuje
czy doprawia - winien oczekiwać konsekwencji i winien świadomie
na te konsekwencje być przygotowany. Tak jest też w przypadku
pani Nieznalskiej (Stanisław Rodziński, Artysta nie ma prawa
obrażać, Rzeczpospolita, 31.07.2003). Ale taki formalizm
prawny w stosunku do artysty, jak i definicja sztuki jako formy,
zostały zakwestionowane. Sztuka jako tabu naznaczone ideologicznie,
z wydzieloną kastą twórców, wśród których rola krytyka-propagandysty i artysty operatywnego, a tak naprawdę polityka
kulturalnego jako właściwego twórcy, jest dominująca, oto właściwy
cel dążeń, jaki wskazują sobie wyznawcy po-nowoczesności.
Kulturkampf.
Postmodernistyczny ideologiczny obraz sztuki
odwraca tradycyjną zależność pomiędzy dziełem sztuki a artystą
(...). Na podstawie dzieł sztuki wnosimy, że ich autor był czy też
jest artystą. Postmodernizm ujmuje to "wynikanie"; inaczej:
rzeczywistością pierwotną jest rzeczywistość artysty. Na tej podstawie,
że to artysta jest twórcą określonego obiektu czy stanu rzeczy (np.
sytuacji) wnosimy, że jest ono dziełem sztuki. (Roman Kubicki,
Ucieczka sztuki czy sztuka ucieczki?O modernistycznym kompromisie
postmodernizmu, w: Przemiany współczesnej praktyki artystycznej, red. A. Zeydler-Janiszewska, Warszawa 1991, s. 178).
Tak pojętego statusu artysty ci sami rzecznicy artystycznej wolności
bronią, odwołując się do legendy artystów niedocenionych na czas
ze względu na nowatorstwo formy ich dzieł. Prosta logika nie obowiązuje.
A tam, gdzie nie do końca wiadomo, o co chodz,i
nie koniecznie idzie o wolność artysty, ani też jego osoba nie musi
być na pierwszym planie. Rzecz w tym, że plastyk musi udowodnić
swoje prawo do istnienia nie przed sądem, ale przed osądem grupy
indywiduów o nie do końca określonych kompetencjach i intencjach.
Ale to właśnie najpierw zamanifestowane szczególne intencje uczynią
z plastyka artystę zanim on cokolwiek zrobi. A to, co zrobi, jest
już specyficznie zdeterminowane - jest sztuką. Takie ideologiczne
ukierunkowanie powoduje, że działalność artystyczna (jakkolwiek
definiowana) musi być poprzedzona jakąś wyraźną deklaracją intencji.
I te intencje już przed laty zostały przedstawione artystom do wykonania.
Zostały też twórczo zaadoptowane do nowych warunków transformacji
ustrojowej. Profesor Piotr Piotrowski z Uniwersytetu Adama Mickiewicza
w Poznaniu przed paroma laty napisał wprost, że ważną misją artysty
w Polsce jest dążenie do zniesienia kulturowej dominacji katolicyzmu.
Przed laty w 1959 roku, w pierwszym numerze, odzyskanego na krótko
"Przeglądu Artystycznego"; Aleksander Wojciechowski
w artykule wstępnym pt. "Sztuka zaangażowana"; pisał:
Nikt nie kwestionuje dziś prawa artysty do swobodnego wyboru
tematu lub środków formalnych. Sprzeciwy pojawiają się wówczas,
gdy sztuka usiłuje zrezygnować z wszelkich czynności usługowych
- takich jak agitacja, informacja, utrwalanie zdarzeń. Wprawdzie
zadania te przejęła na siebie już dawno fotografia, niektóre z dziedzin
filmu i telewizji, lecz nadal ponawiane są propozycje wciągnięcia
plastyki w orbitę bezpośredniej "użytkowości";... Dzisiaj,
w 2003 roku (!), dla wielu młodych plastyków są to propozycje
nie do odrzucenia, chociaż punktem honoru ich mocno starszych
kolegów było wówczas odrzucanie takich propozycji bez względu na
ponoszone koszty.
Poglądy środowiska postmodernistycznego
(jest sprawą do odrębnej dyskusji, na ile jest to postmodernizm, a
na ile zwykły postmarksizm-leninizm) zebrała i w syntetycznej formie
ujęła Maria Anna Potocka w eseju "Sztuka i religia. Przeciwniczki
czy sojuszniczki"; ("Odra";, nr 2/2003). Stanowisko
to w szerszym, filozoficznym wymiarze określa wzajemne, wcale nie
bezkonfliktowe stosunki pomiędzy światopoglądami reprezentowanymi
przez sztukę, naukę i religię. Światopogląd religijny jest rozumiany
jako z natury rzeczy obcy i wrogi światopoglądowi artystycznemu.
Nie może więc być mowy o artyście w wypadku człowieka religijnego.
Podobnych wypowiedzi było dość dużo od 1989 roku i przed tym rokiem.
W praktyce artystycznej ryzykowne użycie motywów
religijnych można odnotować już w latach sześćdziesiątych. Od końca
lat siedemdziesiątych coraz częściej włączano do obiegu artystycznego
elementy kultury lumpenproletariackiej (np. grupa "Łódź Kaliska";).
Teraz te dwa nurty łączą się i dominują w publikacjach, przesądzając
o szansach artystycznej kariery w plastyce (listę sukcesów skandalistów
polskich publikuje "Rzeczpospolita"; z dnia 22.08. 2003).
Ta sztuka krytyczna jest sztuką programowaną,
której właściwym twórcą jest rewolucyjny polityk kulturalny
w myśl reguł, które opisał niegdyś Jan Kurowicki (Artysta jako
arcydzieło, Wrocław, 1983). Dwadzieścia lat później podobnie
charakteryzuje sytuację Jan Stanisław Wojciechowski (Sztuka i
polityki, w: Sztuka III RP, katalog wystawy, Centrum
Rzeźby Polskiej w Orońsku, 2003) i zauważa, że dla sztuki postmodernistycznej
podmiotowość artysty przestaje być podstawowym źródłem twórczości.
Natomiast w tzw. "sztuce krytycznej"; J.S. Wojciechowski odkrywa
moment przekroczenia postmodernistycznej etyki i estetyki.
Niestety w obydwu wypadkach różnice stosowanych formuł nie wydają
się istotne ani w formach, ani w intencji. Jest propozycja zajęcia
się horyzontami wspólnotowych problemów stojących przed artystą
i społeczeństwem, ale katalog tych problemów jest żywcem przepisany
z politycznego menu tzw. nowej lewicy (wyzwolenie kobiet,
nierówne prawa mniejszości, wszelkich niepełnosprawnych
itp. w miejsce klasy robotniczej i narodu), jak sam J.S. Wojciechowski
przyznaje: A więc w miejsce rewolucji proletariackiej rewolucja
obyczajowa... Odnoszę tutaj wrażenie jakiegoś deja vu. Ta
różnica pomiędzy niby to przezwyciężonym postmodernizmem a sztuką
krytyczną jest aż nadto hipotetyczna, jest tylko grą słów. Był realizm
socjalistyczny (jedynie twórcza metoda), była sztuka
zaangażowana, była sztuka publicystyczna, potem
była sztuka postmodernistyczna, jest sztuka
krytyczna i jest ostrze jej krytyki skierowane precyzyjnie
w stronę ideologicznego przeciwnika. Skąd my to znamy? Przed
laty co dekadę podsuwano nam listy haseł do wymalowania lub wyrzeźbienia,
aby wciągnąć nas w orbitę bezpośredniej użytkowości, jak
to nieco enigmatycznie określał Aleksander Wojciechowski.
Co do różnic to mamy do czynienia najwyżej z włączeniem nowych technik
i ze zbrutalizowaniem wymowy utworów (monomedialnych, multimedialnych)
zredukowanych do formy krzykliwego komunikatu. Ale można mieć nadzieję
na nową epokę artystycznego rozwoju, ponieważ, jak pouczał w 1984
roku Andrzej Matynia: Lenin nie mógł zakładać stagnacji
w sztuce, gdy był jej przeciwny w innych dziedzinach życia. (A.
Matynia, A kolejka trwa - czyli o malarstwie publicystycznym
w czterdziestoleciu Polski Ludowej, w: XII Festiwal Polskiego
Malarstwa Współczesnego.
Sympozjum Krytyków i Teoretyków
Sztuki, Szczecin 1984, s. 21).
Tak oto i nieco utopijne marzenia
Andrzeja Wróblewskiego z jego socrealistycznego okresu teraz stają
się ciałem. Wprawdzie trzeba jeszcze uwzględnić nieco wydłużającą
się pierwszą przygotowawczą fazę, w której - jak pisał ów
natchniony malarz - musi być sztuka czytelna, tematyczna
i obliczona na szeroki zasięg społeczny, postulowaliśmy formę artystyczną
możliwie pozbawioną przekształceń, przedmiotową, fotograficzną,
jak najbardziej zgodną z potocznym widzeniem i wyobraźnią masowego
widza. Sądziliśmy, że dopiero po stworzeniu odpowiednio szerokiej
bazy społecznej dla nowej sztuki, po ogarnięciu naprawdę szerokich
mas odbiorców, można będzie przejść do budowania nowych form sztuki
realizmu socjalistycznego. (cyt. za: M. Porębski, Pożegnanie
z krytyką, s. 284).
J. S. Wojciechowski, a przecież nie tylko on,
ale cała szkoła warszawsko - poznańska, hołduje koncepcji
liniowego rozwoju sztuki. Jest to wizja postępu, według której z
zastanej tendencji (formacji, nurtu, stylu) wynika, także przez
zaprzeczenie, następna - postępowa, a tę eliminuje kolejne
następstwo orientacji jeszcze postępowszej. Taki koncept wymaga
upchnięcia do jednego modernistycznego worka zjawisk nieporównywalnych,
aby można było modernizm zastąpić postępowszym postmodernizmem,
a ten jeszcze postepowszą sztuką krytyczną. Ten schemat niewiele
ma wspólnego z faktami. W praktyce artystycznej rola Wielkiej Awangardy
pierwszej połowy XX wieku polegała właśnie na odrzuceniu konwencji
tak czy inaczej obowiązującego wiodącego kierunku. W tym
właśnie sensie artyści przyznali sobie wolność własnych dążeń i
ipso facto taką samą wolność ofiarowali odbiorcom. Lewicowi
doktrynerzy nigdy nie uznawali tych faktów i wciąż mają problem
z uporządkowaniem swoich szeregów. Stąd brały się dziwaczne dyskusje
i poszukiwanie całkiem zbędnych odpowiedzi na pytania: realizm
czy abstrakcja, abstrakcja zimna czy gorąca,
surrealizm czy ekspresjonizm. Wyjście z tej matni
obowiązującej doktryny i stylistyki, jakie ogłosił w końcu lat pięćdziesiątych
sensybilizm (przez odrzucenie wzajemnej negacji kierunków artystycznych)
spotkało się po dziesięciu latach z modelowymi opracowaniami Jerzego
Ludwińskiego. Ten nieliniowy model miał tę wadę dla polityków
kulturalnych, że był wyprowadzony z sumiennej analizy i interpretacji
faktów artystycznych, a nie z założeń ideologicznej doktryny.
Moment dzisiejszy jest szczególny tylko
dlatego, że pojawiła się tendencja do lepperyzacji zachowań
w sferze wizualności wysokozorganizowanej. To, co włamuje się na
miejsce wskazywane dla twórczości artystycznej lub jest za nią
podstawiane, jest kontynuacją sztuki zaangażowanej. W tym
sensie to zjawisko jest nowe i rozwija się równolegle do podobnych
tendencji w życiu publicznym. Ale to nie młodzi plastycy są podmiotami
wydarzeń, nawet gdyby uznać, jak chce Jan Berdyszak w katalogu wystawy
"Sztuka III RP";, że było to pokolenie, które z własnej
inicjatywy nowoideologicznie dokonywało własnej promocji.
Delikatniejsze osobowości zostawały przez zmienność warunków
przedwcześnie eliminowane... pisze inicjator "Seminariów
Orońskich lat 90";. Selekcja do publikacji (wystawy, druku
katalogu, recenzji) jest najmocniejszym instrumentem oddziaływania.
Berdyszak wymienia osiem instytucji, zaznaczając, że były też inne,
a wśród tych ośrodków nazywa heroicznymi takie inicjatywy
jak "Galeria Wyspa"; w Gdańsku (znana z wystawienia "Pasji";
Nieznalskiej) czy pismo "Raster"; (obecnie tylko w internecie).
Po 1989 roku w rzeczywistej
linii polityki kulturalnej państwa demokratycznego bardzo
dobrze orientuje promowanie i finansowanie nurtu obscenicznego i
antyreligijnego w plastyce i w parateatrze.
Uczestniczą w tych przedsięwzięciach na różne
sposoby Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwo
Edukacji Narodowej, Komitet Badań Naukowych. Państwowe uniwersytety
zapewniają podbudowę teoretyczną. (Uniwersytet Adama Mickiewicza
w Poznaniu, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu, Uniwersytet
Warszawski) oraz nadawanie stopni naukowych autorom opracowań poświęconych
uprawomocnieniu tej fali aktywności i stypendiowanie tak specyficznych,
by nie rzec osobliwych, naukowych publikacji jak np. Izabeli
Kowalczyk, Ciało i władza. Polska sztuka krytyczna lat
90.(Warszawa 2002). Także Centrum Rzeźby Polskiej stara
się dołączyć do tego nurtu publikując m.in. omówienie sylwetki rzeźbiarki
Niki de Saint-Phalle z taką oto interpretacją jej intencji:
Żeby rozprawić się z instytucją Kościoła, od której doznała tylu
upokorzeń i której zakłamaną moralność odczuwała boleśnie podczas
pobytu w klasztornej szkole "Świętego serca";, zaczęła
konstruować wielkie reliefy w kształcie gotyckich ołtarzy-tryptyków
(Urszula Usakowska-Wolf, Sztuka bez kantów, "ORO";,
nr 1-2/2002). Jednocześnie publicyści i krytycy zaangażowani
w promocji nurtu sztuki krytycznej malują w swoich tekstach
obraz nowej totalitarnej opresji i cenzury prześladującej ich
podopiecznych: Tak jak władza socjalistyczna dla swoich interesów
wykorzystywała obyczajowy totalitaryzm Kościoła, tak podobnie postępują
nowe rządy, posługując się w politycznych celach prawicowym repertuarem
pojęć i środków. Na tym tle odzywają się demony: nacjonalizmu, ksenofobii
i nietolerancji (Paweł Leszkowicz, Sztuka i płeć. Szkic
o współczesnej sztuce polskiej, "Magazyn sztuki";, nr 22-2/99).
Można więc mówić o wyraźnej tendencji
w polityce artystycznej państwowych i samorządowych instytucji kultury,
dotowanych specjalistycznych czasopism i wydawnictw. Kierują tymi
galeriami i ośrodkami dyrektorzy angażujący odpowiednio wykwalifikowanych
kuratorów, a ci, w ramach szerszej polityki kulturalnej państwa,
prowadzą poszczególne programy i projekty następnie odpowiednio
analizowane, komentowane i nagłaśniane. Są to poczynania realizowane
planowo. Skromnych środków przeznaczanych na upowszechnianie twórczości
artystycznej jakoś zawsze starcza nie tylko na domorosłych skandalistów,
ale także na równie skandaliczne i dość kosztowne importy, które
mają stymulować narastanie zjawiska (szerzej znana jest na tym polu
aktywność galerii "Zachęta"; i Centrum Sztuki Współczesnej
w Warszawie).
Skandaliczne produkcje nie są wykonywane przez
nawiedzonych amatorów i nie odbywają się przecież w salach przez
nich przygodnie wynajętych za własne pieniądze. Młodzież artystyczna
- absolwenci wyższych uczelni, w tym i autorka utworu teraz
osądzanego, mogą żywić nadzieję, a nawet mieć pewność, że radykalne
zamanifestowanie takiej postawy otworzy im drzwi elitarnego klubu
artystów państwowych. Nowy model polityki kulturalnej i funkcje
mecenatu państwa próbują przystosować się do nowych kontekstów,
których kontury zostały zarysowane, ale trudno wypełnić je przekonywującą
treścią. Młodzi artyści stają się uważnymi obserwatorami zachodzących
zmian. Zauważa trzeźwo dyrektor artystyczny CRP w Orońsku Mariusz
Knorowski (Idea, w: Sztuka III RP, katalog wystawy).
Nieznalska chciała być cool and trendy, po prostu
robiła to, co jest oczekiwane i zamawiane. Szok polega właśnie na
tym, że gdański sąd ukarał za to samo, za co to samo państwo nagradza,
aprobując i popierając tak ukierunkowane manifestacje.
Dwie kultury.
Niektórzy zakładają, że artysta nie podlega prawnym
regułom stosunków międzyludzkich, a to dlatego, że we współczesnej
kulturze nie istnieje żadne tabu (np. Monika Małkowska, Prawo
i sztuka, "Rzeczpospolita";,19.07.2003).
Co prawda to prawda. Żyją w Polsce ludzie różnych
kultur, w jednej z nich np. torebka pani Małkowskiej nie będzie
jakimkolwiek tabu, a w pewnej radykalnej odmianie tej kultury
współczesnej nie będą tabu również szacowne części ciała
krytyczki sztuki. Ale są w Polsce uczestnicy także takiej kultury,
w której jednak jakieś tabu obowiązują tak samo wobec ciał
i torebek pań z salonu warszawskiego, jak i wszystkich innych
pań i ich torebek (także panów i ich portfeli), jak również wobec
religijnych (państwowych, narodowych) symboli. Ci odmieńcy, a także
sędziowie z Gdańska, nie uznają eksterytorialności gdańskich galerii
ani zasady niekaralności gdańskich plastyków.
W opinii przekazanej "Rzeczpospolitej"; (Prawo
co dnia, 19-20.07.2003) adwokat Jerzy Nauman nie jest pewien
czy sprawa Nieznalskiej miała dostateczny ciężar gatunkowy, by
zakwalifikować ją jako działalność przestępczą i niepokoi się
brakiem jednolitego wskazania kiedy wchodzi się w kolizję z prawem.
Dla wielu praca Nieznalskiej jest obojętna moralnie, jednak niektórym
wydała się znieważeniem krzyża i naruszeniem uczuć religijnych.
W zbliżonych okolicznościach raz coś wydaje się dopuszczalne, kiedy
indziej staje się przestępstwem. Tymczasem kryteria przesądzające
o tym, czy kogoś uznajemy winnym łamania prawa, powinny być jasne.
A w sztuce najważniejszy jest dobry smak. Logika mecenasa jest
zniewalająca. Trzeba by więc zobowiązać ustawodawców do szczegółowego
opisania wszystkich już zaistniałych jak i możliwych w przyszłości
przypadków gestów, wyrażeń i obrazowych przedstawień obrażających
uczucia religijne. Należałoby też zapewne najpierw wypróbować ten
potencjał na chrześcijanach, a potem skodyfikować i ustanowić w
Parlamencie III RP. Pośrednio i zapewne nieświadomie nie tylko
mecenas Nauman ulega szczególnej ideologicznej perswazji od dłuższego
czasu obecnej w obszarze kultury wyższej. Prawnik zdaje się nie
wiedzieć o tym, co trafnie zauważył St. Rodziński, że w tym kraju
spora część ludzi uważa krzyż za znak swej wiary i za symbol o najwyższym,
wewnętrznym napięciu. Dobry smak oczywiście nie jest najważniejszy
w sztuce, ponieważ fundamentem sztuki jest twórczość, a dobry smak
najważniejszy jest w życiu, a w życiu publicznym szczególnie.
Krytyka, kuratorzy i teoretycy postmodernistycznego
nurtu chcą, aby ich protegowani, działając na zamówienie ideologów
nowej polityki kulturalnej i eklektycznie wykorzystując
kilka zdawna znanych chwytów formalnych, korzystali, na dodatek
bez żadnego ryzyka, z tego szacunku jaki żywimy dla twórców nowych
form i metod artystycznych. W kulturze polskiej pojęcie artysty
kojarzy się z człowiekiem o ponadprzeciętnej wrażliwości na formę,
nie tylko w materii przez niego uprawianej sztuki, ale także na
formę otoczenia i na formy zachowań. Artysta to człowiek o nadzwyczajnej
subtelności uczuć i delikatności reakcji, ale przede wszystkim jest
to człowiek w swojej dziedzinie twórczy. Postmodernistycznie zideologizowany
i zinstytucjonalizowany trend nowej polityki kulturalnej
każe nam dzisiaj kojarzyć pojęcie artysty z rozwydrzonym chamem.
Galerie sztuki pod względem poziomu moralnego, estetycznego i artystycznego
równają do poziomu telewizyjnych reality show. Przyznanie
miana twórcy ryczałtem każdemu, kto ogłosi się artystą, uniemożliwia
jakąkolwiek hierarchizację, rozróżnienie poziomów osiągnięć, sensowną
ocenę zjawisk - dzieł, tendencji. Dlatego można proponować
nowy typ hierarchii dzieł i osób oparty na przesłankach ideologicznych.
W zasadzie nie wiem dlaczego miałby do tego prawo tylko Piotrowski,
a np. Wrzodak już nie.
Zdaniem teoretyka prawa Krzysztofa Pyclika: Trudno
jednoznacznie odpowiedzieć, jaki jest stan wolności sumienia i wyznania
w obecnej Polsce. Z jednej strony widać tendencje do zbytniego akcentowania
obyczajowości i symboliki religii większościowej, również w instytucjach
publicznych, kosztem zepchnięcia obecności innych religii i ich
symboli poza margines życia publicznego, z drugiej jednak strony
bardzo często dostrzegalny jest brak szacunku i zupełna bezkarność
obrażania wierzeń religijnych, szczególnie w mass-mediach, usprawiedliwiane
opacznie rozumianym prawem do swobodnej ekspresji twórczej i artystycznej.
Sprawia to, że przepisy o ochronie wolności sumienia i wyznania
stają się częstokroć martwymi przepisami. Warto tu przypomnieć,
że wyzyskiwanie jednej wolności kosztem drugiej wolności jest niezgodne
z liberalną definicją wolności, zgodnie z którą wolność polega na
możliwości czynienia wszystkiego, co nie szkodzi drugiemu. Korzystanie
z wolności niezgodnie z jej przeznaczeniem przestaje być wolnością,
a staje się swawolą. Wolność sumienia i wyznania jest nie tylko
ważnym prawem i wielkim osiągnięciem cywilizowanych społeczeństw
współczesnej ludzkości, ale także cenną normą moralną i zarazem
szlachetną ideą humanistyczną. Zadaniem Państwa i wszystkich obywateli
powinno być możliwie najszersze upowszechnienie i wprowadzenie w
życie tej wielkiej zasady oraz uczynienie z niej istotnego regulatora
zachowań ludzkich. (K. Pyclik, Wolność sumienia i wyznania
w Rzeczypospolitej Polskiej,
w: Prawa i wolności obywatelskie
w Konstytucji RP, red. B.Banaszak i A.Preisner, Warszawa
2002, s. 461-462).
Piotr Semka, w polemice z Frasyniukiem, pyta:
W imię czego wolność artysty ma być stawiana wyżej niż uczucia
osoby wierzącej? Dlaczego wolność jednych ma nieść wobec innych upokorzenia?
(P. Semka, Czyja wolność, czyje upokorzenie?, "Gazeta Polska";,
26.08.2003). Jan Winiecki, przypomina, że liberałowie jak źrenicy
oka strzegą wolności gospodarczej, autonomii tej sfery życia
względem władzy politycznej i znajdują w wolności gospodarczej gwarancję
innych wolności: Zainteresowani są też, rzecz jasna, wolnościami
obywatelskimi: wolnością wypowiedzi, zgromadzeń, zrzeszania się
- całego znanego nam katalogu. Tyle że trzymają się starej
liberalnej zasady wywodzącej się z XVII - XVIII w., mówiącej,
że wolności jednych nie mogą naruszać wolności innych. Dlatego panią
Nieznalską z jej penisami czy np. berlińskich skandalistów gloryfikujacych
na wystawie terrorystyczną organizację Frakcja Armii Czerwonej skazaliby
raczej na zwrot pieniędzy otrzymanych z publicznego budżetu, gdyż
ich prace wzbudzają sprzeciw podatników. Uznaliby bowiem, że wolność
podatników do popierania takiej sztuki, jakiej pragną, została naruszona.
Jeśli ci ludzie chcą prezentować swoje skandalizujace wypociny,
to wyłącznie za własne pieniądze lub z datków osób o podobnych gustach
czy bezguściach artystycznych. Dotyczy to tak samo rozmaitych budzących
sprzeciwy wspieranych przez państwo stowarzyszeń (J.Winiecki,
Liberalne fałszywki, "Wprost";, 24.08.2003).
Sztuka jest wolnością. Rzemieślnik-plastyk nie potrzebuje zatem jakiejś specjalnej wolności dla artysty,
którym rzadko bywa. Wystarczy mu taka sama wolność jaką powinien
mieć każdy obywatel normalnego państwa. Nie jest to normalne państwo,
jeśli w jego kulturalnych instytucjach manifestacyjnie łamie
się prawo. Powstaje pytanie: czy tego rodzaju przestępstwa, jak już
osądzone, i inne polegające także na poniżaniu godła państwowego
(mieliśmy przed ponad rokiem taki przypadek na wystawie artystycznej "Grupy Luxus"; we Wrocławiu) nie powinny być zaskarżane z urzędu?
Taka byłaby logika stosowania prawa wynikająca z analizy K. Pyclika.
Zjawisko jest szersze, a jego destrukcyjne znaczenie
może jeszcze ujawnić bardziej niepokojące aspekty: Do dóbr narodu,
państwa, cywilizacji należą myśl, wyobraźnia, zdolności i inicjatywa,
również rzeczy, które dzięki tym władzom powstały, doświadczenie
historyczne, które trwa w zachowanych i odnawianych symbolach, a
także osobista i społeczna wrażliwość, ktorą symbole kultury chronią
od wygaśnięcia. Przełomowość - ale też paradoksalność -
obecnego okresu historii Europy polega na tym, że powszechnie deklarowanej
przez państwa i opiniotwórcze środowiska europejskie dążności do
jednoczenia towarzyszy energiczna praca tych samych nierzadko środowisk
na rzecz okaleczenia lub wyniszczenia tego, co nas istotnie łączy:
wspólnej pamięci, znaczeń symbolicznych i wrażliwości (Jerzy
Wocial, Europa jako nazwa geograficzna, "Rzeczpospolita";, 26-27.07.2003).
Nigdy nie będzie zgody pomiędzy tymi, dla których
nie tylko Polska, ale cała Europa są to tylko nazwy geograficzne,
a tymi, dla których są to również zobowiązujące systemy wartości.
Są bowiem dwie różne kultury w polskich sztukach pięknych; w
jednej uczestniczą ci, którzy tworzą nowe epifanie piękna,
a w drugiej artyści państwowi wykonują program sztuki krytycznej.
O co zabiegają przeciwnicy prawnej ochrony
dobrych obyczajów, uczuć narodowych i religijnych? Rzecz idzie o
wymuszenie niekaralności wobec naruszania praw ludzi wierzących,
najpierw chrześcijan, wszak rzecz dzieje się w Polsce. Pani Małkowska
w miesiąc po swojej tyradzie przeciwko decyzji gdańskiego sądu opisuje,
z wyraźnym niesmakiem, jak w Holandii plastyczka (Polka, absolwentka
akademii w Amsterdamie i w Glasgow) produkuje breloczki i inne gaddżety
z motywami Konzentrationslager Auschwitz i znanym napisem
znad obozowej bramy: Arbeit macht frei. Małkowska
uważa, że ta plastyczka ma taki sam problem jak niejeden mimowolny
skandalista - nie potrafi przedstawić swych intencji w sposób dla
każdego czytelny (M. Małkowska, Pamiątki w złym guście,
"Rzeczpospolita";, 22.08.2003). Zastanawiające to stwierdzenie
w odniesieniu do absolwentów renomowanych uczelni polskich i europejskich.
Nie sądzę jednak, aby było tak źle z poziomem intelektualnym tych
magistrów sztuki, którzy przecież musieli przejść trudne sprawdziany
swoich kwalifikacji u profesorów tych akademii. Chociaż niekoniecznie.
Na wydziale artystycznym Uniwersytetu Zielonogórskiego, jak się
dowiadujemy z wypowiedzi jego profesorów, studentów się nie kształci,
oni kształcą się sami, zresztą są już artystami. Czy więc trzeba
mieć w sobie iskrę talentu, by zdawać na wydział artystyczny UZ?-
pyta dziennikarka - Iskrę - na pewno. Np. od studentów
animacji kulturalnej - jazz i muzyka rozrywkowa - wymaga
się poczucia rytmu (Tatiana Mikułko, Artystą się bywa "Gazeta Lubuska"; 11-12.05.2002). Nie wykluczone, że to Zielona Góra
wyznacza standardy wymagań w uczelniach artystycznych rozszerzającej
się Unii Europejskiej.
Ale niech się nam nie wydaje, że sposób myślenia
M. Borowskiego, Wł .Frasyniuka, M. Małkowskiej i wielu innych jest
nielogiczny. Wprost przeciwnie. Mieści się on w logice wolności,
ale inaczej pojmowanej niż to głosi konserwatywny liberalizm. Jest
ze sfery innej kultury, w której nie obowiązują żadne tabu,
ale nie obowiązują jakby niesymetrycznie. Usiłuje się tę
kulturę budować na całkowitej dowolności. Według tego projektu można
limitować wszystko, jak i na wszystko przyzwalać. Można również
definiować dowolnie istotę ludzką. W ten sposób można by było arbitralnie
wyznaczać takie jej cechy lub momenty w jej życiu, które pozwalałyby
nawet na jej eksterminację na podstawie swobodnego uznania jakiejś
innej osoby lub grupy (oczywiście z jakichś ważnych społecznych
względów i praw). Polska już doświadczyła, bardziej niż inne
kraje, czym może być tak praktykowana wolność. I nie jest bez znaczenia,
czy paradygmat postmodernistyczny zastąpi zwykłe dążenie
do prawdy i piękna.
|